26.04.2013

"Cierpienia młodego Wertera" po latach

Dzisiaj moja pierwsza blogowa recenzja! Nie wiem, jak wyjdzie, bo książka, którą wybrałam, jest bardzo trudna do oceny. Kto czytał „Lottę w Weimarze”, ten wie, co mam na myśli.  

Okładka wydania z 1939 roku.
Źródło obrazka.
Tomasz Mann (1875-1955) jest klasą samą w sobie i dotychczas brałam jego książki w ciemno, pewna, że wszystko, co napisał, musi być genialne. I dotychczas zawsze tak było! Jego powieści, takie jak „Czarodziejska góra”, „Doktor Faustus” czy „Wyznania hochsztaplera Feliksa Krulla”, powinny być niedoścignionym wzorem dla wszystkich innych powieści. Tomasz Mann jest mistrzem w prowadzeniu narracji i z lekkością łączy wątki obyczajowe z filozoficznymi. Tym, na co zwracał w swej twórczości szczególną uwagę, była niemiecka mentalność. Próbował (z powodzeniem!) pokazać, w jaki sposób wpłynęła ona na narodzenie nazizmu i hitleryzmu. 

Zdjęcie Tomasza Manna z 1937 roku.
Źródło obrazka.
Fabuła "Lotty w Weimarze", napisanej w 1939 roku, bazowana była na prawdziwym wydarzeniu, kiedy to Szarlotta Kestner, z domu Buff,  w roku 1916 przybyła do Weimaru, aby spotkać się z Goethem. Od ich ostatniego spotkania, które stało się przyczyną powstania „Cierpień młodego Wertera”, minęło ponad czterdzieści lat. W tym czasie Goethe stał się znanym i hołubionym pisarzem, traktowanym jak geniusz i duchowy przywódca Niemiec. Lotta zaś zdążyła urodzić kilkanaścioro dzieci i pogrzebać swojego męża. Także i do Weimaru, pod pretekstem spotkania z mieszkającą tam rodziną, przyjeżdża w towarzystwie swojej krytycznej córki, nazywanej „Lotką młodszą”. Brzmi świetnie, prawda? Niestety, na 400 stron książki przez około 300 Szarlotta w ogóle nie opuszcza hotelu, w którym się zatrzymała. Ciągle przychodzą bowiem do niej nowi goście, kolejno doktor Riemer, Adela Schopenhauer (siostra filozofa Arthura Schopenhauera, z pochodzenia gdańszczanka) i syn Goethego, August, którzy opowiadają jej o życiu Goethego i bliskich mu ludzi. W ich monologach, zajmujących bez przerwy nawet kilkanaście stron, widać ogromną dbałość Manna o zachowanie prawdy historycznej. Wypowiedzi bohaterów traktować możemy jako specyficzną biografię samego Goethego, realistyczny obraz co poniektórych wydarzeń w jego życiu. Mimo natłoku faktów i postaci, prawdziwa akcja jednak nijak nie posuwa się do przodu, a spotkanie Szarlotty z Goethem coraz dłużej stoi pod znakiem zapytania. 

Portret Szarloty Kestner.
Źródło obrazka.

Następna część powieści ukazuje wydarzenia ze strony samego Goethego. Mamy tu zapis jego myśli, jego refleksji na temat sztuki i, jak już wspominałam wcześniej, niemieckiej mentalności. Jest to tak samo ciekawe, jak męczące. Osobiście nie potrafiłam wytrzymać więcej, niż kilku zdań, po przeczytaniu których musiałam robić się przerwę. 

Portrer Goethego z 1828 roku.
Źródło obrazka.

Dopiero trzecia część ukazuje spotkanie Szarlotty z Goethem. Łudziłby się jednak ten, kto spodziewałby się jakiegoś spektakularnego sam na sam. Spotykają się oni na oficjalnym obiedzie w domu Goethego, gdzie, oprócz Szarlotty, znajduje się również grono innych gości. O ile Szarlotta, ze swoją naiwnością i prostolinijnością, budzi naszą sympatię, o tyle Goethe, zwłaszcza w tej scenie, ukazany został jako człowiek zbyt pewny siebie, świadomy swojego geniuszu i swej wyższości nad innymi. Prawdziwa Szarlotta, jak wynika z listu napisanego przez nią do syna, nie była zresztą zadowolona z tego spotkania. Po literackim opisie Manna nie możemy się temu dziwić. 

August, jedyny syn Goethego.
Źródło obrazka.

Ostatnia część ukazuje Szarlottę, która wybiera się do teatru ofiarowanym jej przez Goethego powozem. W drodze powrotnej zastaje w nim samego Mistrza, z którym (po około 350 stronach oczekiwania!), toczy bardziej prywatną rozmowę, dotyczącą sensu starości. Nie możemy mieć jednak wątpliwości- rozmowa ta toczy się tylko i wyłącznie w głowie samej Szarlotty. Na gruncie realnym do żadnej szczerej rozmowy między nimi w ogóle więc nie dochodzi. 

Portrer Szarloty w podeszłym wieku.
Źródło obrazka.

„Lotta w Weimarze” jest jedną z dziwniejszych książek, jakie zdarzyło mi się czytać. W zasadzie nie dzieje się w niej nic, mamy tylko długie (zbyt długie) dialogi. A jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że był to świadomy zabieg Manna. Ukazał on dzięki temu bardzo realistyczny obraz życia z początku XIX wieku, kiedy wszystko działo się powoli, a główną rozrywką ludzi były właśnie konwersacje. Dzięki temu możemy też dokładnie poznać charaktery bohaterów, ich stany wewnętrzne i wzajemny do siebie stosunek. Tomasz Mann nie pisze o Goethem „na kolanach”, jest dla niego niezwykle surowy. W zasadzie postać Mistrza ukazana tu została w sposób najbardziej krytyczny, nie jest w stanie obudzić ona ani odrobiny sympatii. Szarlotta zaś jawi się jako osoba, na której życiu całkowicie zaważył fakt młodzieńczej z nim znajomości. W przeciwieństwie do pełnego wrażeń życia Goethego, dla niej było to najważniejsze, co przeżyła. Widać to chociażby na przykładzie sukienki, którą założyła na spotkanie z Goethem- białej, ozdobionej różowymi kokardami, czyli dokładnie takiej, jaką miała na sobie przy ich pierwszym spotkaniu. Brakowało na niej tylko jednej kokardy, którą niegdyś ofiarowała swojemu przyjacielowi „w geście litości” (nawiasem mówiąc, bardzo podobał mi się opis strojów, które kobiety założyły na obiad u Goethego. Mann doskonale uchwycił ich udziwnienia i groteskowość). 


Szkic przedstawiający Adelę Schopenhauer.
Źródło obrazka.

Pomimo że powieść ta różni się od pozostałych dzieł Manna, nie mogło w niej zabraknąć cech dla niego charakterystycznych. Miał on bowiem zwyczaj, obok wielu innych cech danego bohatera, wybierać jedną, która stawała się jakby jego dewizą. W tym przypadku jest to delikatne drżenie głowy Szarlotty, które ujawniało się u niej w chwilach wzruszenia. Dzięki takim właśnie szczegółom łatwo można rozpoznać, że to, co czytamy, należy właśnie do niego! 

Przyszła żona Augusta von Goethe, Otylia.
Żródło obrazka.

Ogólnie rzecz biorąc, „Lotta w Weimarze” jest książką bardzo ciężką, ale mimo to wartą przeczytania. Tego typu spotkania po latach zawsze budzą emocje i są ciekawym tematem, tu w dodatku intrygująco rozwiązanym. Warto ją przeczytać chociażby dla samych refleksji dotyczących starości, przemijania, czy niemieckości, które, jak zwykle u Manna, są niezwykle trafne. W mistrzowski sposób, przytaczając zdarzenia na pozór nieistotne, potrafił on ukazać całą panoramę tamtej epoki: stosunek ludzi do Napoleona czy spór klasyków z romantykami. Jeśli jednak miałabym polecić komuś tę powieść, to chyba tylko osobom bardzo cierpliwym, które w powieściach szukają nie zapierającej dech w piersiach akcji, ale możliwości intelektualnego rozwoju. 

A Wy, czytaliście może „Lottę”? 

Pozdrawiam, 
Gabrielle 

15 komentarzy:

  1. W wieku nastu lat zabrałam się za tę powieść i niestety umarłam na 26 stronie :D Potem tak zraziłam się do Manna, że nawet studia filologiczne tego nie naprostowały :P Od jakiegoś czasu zastanawiam się, czy teraz dałabym radę przez to przebrnąć (pewnie tak, na studiach nie takie rzeczy się czytało),ale moja lista czytelnicza jest tak długa, że Manna zostawię sobie na emeryturę :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Porcelana, czy Ty jesteś na filologii polskiej? :D
      Też tam idę! :D

      Usuń
    2. Do Katowic? :D Ja właśnie kończę, więc jak chcesz, to w drodze do Pszczyny będę mogła Ci powiedzieć, jak te studia wyglądają, czego się bać, a czego nie itp :)

      Na razie mogę Ci tylko poradzić, żebyś to jeszcze dobrze przemyślała. Ja chciałam też iść na fil. angielską i teraz żałuję, bo po fil. polskiej, którą wybrałam nie ma żadnych perspektyw na pracę... ale po maturze o tym nie myślałam i teraz mam problem. Zawsze można też studiować 2 kierunki, jest trudno, ale moje koleżanki dają radę na 2 dziennych, niektórzy mają też system dzienne + zaoczne. Piszę o tym, bo ja przez długi czas nie wiedziałam o takiej możliwości (ale że byłam dzieckiem wyjątkowo nieogarniętym, to już inna sprawa :D )

      Usuń
    3. O nie, te studia to moje największe marzenie, więc brak perspektyw zawodowych mnie nie przeraża :) Ale chętnie posłucham o tym wydziale, jak będziemy w Pszczynie :)
      Wiesz co, ja myślałam o tym, żeby od II roku postarać się o indywidualny tok studiów, bo chciałabym je baardzo zgłębić :)

      Usuń
  2. Ja podziękuję. O ile Wertera zmęczyłam ,to mam książki, których nawet pod groźbą zagłady nei rusże; ) pierwsza to była Lessie Wróć (do tej pory nawet filmu nie obejrzałam i naprawdę, NIE WIEM O CZYM I FILM I KSIĄŻKA SĄ ;D), ostatnio 50 twarzy grey'a i igrzyska śmierci. Denerwują mnie ;) Lotta chyba dołączy do tego "zacnego" grona ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tu się z Tobą zgodzę: przez przypadek przeczytałam jedną z tronę z "50 twarzy Grey'a" i powiem Ci, że to uraz na całe życie :D
      No tak, "Lotta" to dość specyficzna książka, i też nie każdemu bym poleciła. Ale jeśli chodzi o resztę Manna, to jakbyś tylko miała okazję- polecam! :)

      Usuń
    2. Jeśli się natknę, wypróbuję ;)

      Usuń
    3. Polecam przede wszystkim "Czarodziejską górę". Mann świetnie ukazał w niej mentalność ludzi z początku XX wieku :)

      Usuń
    4. Hm, wrzucę na listę "przeczytać" ;) Obecnie wróciłam do Adrienne basso, ale czytam od drugiej częsci - i tylko 3, które uwielbiam ;)

      Usuń
    5. O tak, są takie książki, do których można wracać i wracać :) Ja tak mam z "Hrabią Monte Christo" od Dumasa, który niezmiennie mnie zachwyca :)

      Usuń
  3. O, Lotta leży u nas w rodzinnej "biblioteczce" (czyli na ścianie załadowanej niezliczoną ilością książek) i zawsze mnie intrygowała, jak była trochę młodsza :) A z książek Manna to jakiś rok temu zabrałam się za "Buddenbrooków", i czytało się ich całkiem dobrze, tylko jakoś potem nie miałam czasu, a po dłuższej przerwie stwierdziłam, że nic nie pamiętam i musiałabym zacząć od początku :D NIestety często tak kończą się moje zmagania z literaturą :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem szczerze, że "Buddenbrooków" nie czytałam, ale nie słyszałam o nich zbyt pochlebnych zdań. Wiadomo, to jego pierwsza powieść, to nie miał jeszcze wyrobionego warszatu. Za to z pozostałych czytałam chyba wszystkie, i niemal wszystkie były cudowne :D

      Usuń
    2. No cóż, ja zaryzykuję i zmierzę się z nimi w weekend majowy ;) O ile zdążę, bo czeka jeszcze zaczęta "Shirley" :p

      Usuń
    3. A jak już przeczytasz, to koniecznie napisz, jak Ci się podobały! Jestem bardzo ciekawa Twoich wrażeń :)

      Usuń
  4. Trzeci rozdział Lotty..., ciężka..., przemyślenia się zbierają..., podzielę się wkrótce....

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za Twój komentarz! Jeśli masz do mnie jakieś pytanie, proszę, pozostaw je pod bieżącym wpisem (dzięki temu szybciej uda mi się na nie odpowiedzieć), albo wyślij mi wiadomość mailową: mgjot1@gmail.com.

Copyright © 2014 Modna Historia , Blogger